Usługi
Jak pracuję i w jakiej roli wchodzę do firmy.
Ta strona nie opisuje kolejnego problemu. Opisuje sposób pracy: co dokładnie robię, kiedy jestem doradcą, a kiedy wykonawcą, od czego zaczynam i w jakich sytuacjach mówię, że tego tematu nie warto ruszać. Jeśli rozważasz rozmowę, będziesz po niej wiedział, z kim masz do czynienia, zanim cokolwiek ustalimy.
Kto siedzi po drugiej stronie stołu
Zwykle w projekcie tego rodzaju biorą udział trzy różne osoby. Analityk rozmawia z firmą i spisuje, co się dzieje. Architekt decyduje, jak to poskładać. Programista buduje. Między nimi są dwa przekazania i to właśnie tam najczęściej gubi się sens: analityk usłyszał wyjątek, architekt uznał go za detal, a programista dowiedział się o nim po uruchomieniu, od użytkownika.
U mnie te trzy role wykonuje jedna osoba, od 2009 roku. To znaczy, że ta sama głowa, która słucha, jak wygląda Twój poniedziałek rano, ponosi potem konsekwencje tego, co usłyszała — bo sama będzie to budować i sama będzie tłumaczyć, dlaczego coś nie zadziałało. Nazywam to senioralną odpowiedzialnością i to jest cała różnica, którą wnoszę: nie ma etapu, na którym problem staje się cudzy.
Pracuję sam i uczciwie jest powiedzieć, co z tego wynika także po drugiej stronie. Jedna osoba pracuje w jednym tempie i nad ograniczoną liczbą rzeczy naraz. Jeśli Twoja sytuacja wymaga kilku równoległych frontów albo opieki o dowolnej porze doby, potrzebujesz zespołu z obsadą i lepiej, żebyśmy oboje wiedzieli to przed rozmową, a nie w jej trakcie.
Doradztwo i wykonawstwo to dwa różne zlecenia
Firmy przychodzą do mnie w dwóch bardzo różnych momentach. Pierwszy: wiadomo już, co uwiera, decyzja zapadła i potrzebny jest ktoś, kto to zrobi i weźmie na siebie, że zadziała. Wtedy rozmawiamy o pełnym wdrożeniu — od diagnozy, przez budowę, po uruchomienie, czyli o robocie z konkretnym początkiem i końcem, po której coś działa inaczej niż wcześniej.
Drugi moment jest wcześniejszy i trudniejszy: nikt nie wie, czy problemem jest proces, program, czy podział obowiązków, a na stole leżą trzy oferty, których nie da się porównać, bo każda opisuje co innego. Wtedy potrzebna jest niezależna ocena sytuacji i kolejność działań, bez wdrożenia — dokument, z którym możesz pójść do kogokolwiek, także do wykonawcy, którego już masz.
Warto rozróżniać te dwa zlecenia, bo mylenie ich kosztuje najwięcej. Kiedy prosi się o wycenę wykonawstwa w sytuacji, w której nie wiadomo jeszcze, co ma powstać, wycena zawsze wychodzi za wysoka albo za niska — a najczęściej po prostu dotyczy czegoś innego niż realny problem. I odwrotnie: gdy wszystko jest już przemyślane, kolejna analiza to zwłoka, za którą się płaci.
Doradztwo i wykonawstwo robi u mnie ta sama osoba i to zmienia charakter samego doradztwa. Rekomendacja napisana przez kogoś, kto nigdy nie będzie musiał jej zbudować, ma skłonność do eleganckich rozwiązań, które rozsypują się przy pierwszym wyjątku z życia. Kiedy autor wie, że może zostać poproszony o wykonanie własnego pomysłu, pisze ostrożniej — i częściej dochodzi do wniosku, że wystarczy zmienić coś po stronie ludzi, zamiast budować cokolwiek. Możesz zamówić samą ocenę i na tym skończyć; to normalny sposób zakończenia takiej rozmowy.
- WdrożenieAutomatyzacje dla firmPełna droga: od diagnozy, przez budowę, po uruchomienie. Co dokładnie robię i czego nie robię.Zobacz
- SprzętOprogramowanie i sprzęt razemGdy problem nie kończy się na ekranie: odczyt z urządzeń, sterowanie i własna elektronika.Zobacz
- DoradztwoKonsulting automatyzacji procesówSama niezależna ocena i kolejność działań — gdy potrzebujesz doradcy, a nie wykonawcy.Zobacz
Od czego zaczynam, zanim cokolwiek powstanie
Zaczynam od obejrzenia tego, co dzieje się dziś, krok po kroku, z osobą, która to wykonuje. Nie od pytania „czego oczekujecie od systemu”, bo odpowiedź na nie jest zwykle listą życzeń zebranych z całej firmy, a nie opisem rzeczywistości. Pytam, co przychodzi na wejściu, kto to dotyka, gdzie zapada decyzja i co się dzieje, gdy sprawa wygląda nietypowo. Wyjątki są ważniejsze od reguły — to one decydują o tym, ile ta robota naprawdę kosztuje.
Efektem jest rozłożenie procesu na części i wskazanie, które z nich w ogóle warto ruszać. Jeśli chcesz zobaczyć, jak to wygląda w praktyce, zanim się umówimy, napisałem pełną przykładową analizę procesu w sklepie internetowym — cały tok rozumowania, łącznie z miejscami, w których wychodzi, że najtańsze rozwiązanie to nic nie budować.
Ta kolejność ma jeszcze jeden skutek uboczny, który klienci zauważają dopiero później: bardzo często okazuje się, że nie trzeba przepinać całych systemów ani wymieniać programu, tylko poprawić jeden punkt wejścia albo usunąć krok, który powstał kiedyś na czyjąś jednorazową prośbę. To najmniej efektowna część tej pracy i zwykle najbardziej opłacalna.
Czasem potrzebna jest rola, a nie projekt
Nie każda potrzeba techniczna daje się zamknąć w projekcie. Bywa tak, że firma nie ma żadnego pojedynczego problemu do rozwiązania, tylko po prostu nikogo, kto po stronie zarządu rozumie technologię: decyzje o systemach zapadają na podstawie prezentacji handlowych, umowy podpisuje się bez czytania części technicznej, a kolejne narzędzia dokłada się bez wspólnego planu. Wtedy sensowniejszym rozwiązaniem jest dyrektor techniczny na część etatu — ktoś obecny regularnie, kto zna kontekst i uczestniczy w decyzjach, zamiast oceniać je po fakcie.
Do tej samej kategorii należą rozmowy o dużych systemach. Wybór albo wymiana oprogramowania, które obsługuje całą firmę, to decyzja na lata i praktycznie zawsze podejmuje się ją, mając do dyspozycji wyłącznie materiały od dostawców. Dlatego przy takich tematach warto po prostu wiedzieć, czyj interes stoi za każdą rekomendacją — o czym piszę osobno przy okazji systemów ERP i integracji dla firm z Białegostoku i okolic. Jestem z Podlasia i część tych rozmów po prostu wygodniej odbyć na miejscu.
Gdzie w tym wszystkim jest sztuczna inteligencja
AI traktuję jak każde inne narzędzie: ma zakres zastosowań, w którym jest bardzo dobre, i zakres, w którym jest kosztownym sposobem na zrobienie czegoś gorzej niż zwykłą regułą. Świetnie radzi sobie tam, gdzie wejście jest nieuporządkowane — w tekście pisanym prozą, w dokumentach o różnych układach. Radzi sobie źle tam, gdzie wynik musi być za każdym razem identyczny i weryfikowalny co do znaku. Rozpisałem to dokładniej w tekście o tym, do jakich zadań AI się w firmie nadaje, a do jakich nie, bez obiecywania procentów oszczędności.
Osobnym tematem są agenci, czyli programy, które same decydują o kolejnych krokach. Brzmi to jak wersja lepsza od zwykłej automatyzacji i czasem nią jest, ale samodzielne decydowanie o krokach bywa też wadą — w procesie, który musi przebiegać zawsze tak samo, swoboda jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz. Kiedy ta granica przebiega gdzie indziej, niż się wydaje, tłumaczę przy okazji tego, czym agent AI różni się od zwykłego chatbota.
Wraca też pytanie o dane: czy korzystanie z AI oznacza wysyłanie dokumentów firmy na cudze serwery. Nie musi. Model może działać na sprzęcie, który stoi u Ciebie, i to jest realna opcja — pokazuje to opisane wdrożenie obiegu dokumentów u operatora logistycznego, gdzie model działa lokalnie. Warto zadać to pytanie na początku, bo odpowiedź zmienia architekturę całego rozwiązania.
- Wdrożenie AIWdrożenie AI w firmieDo jakich zadań sztuczna inteligencja realnie się nadaje, a gdzie kosztuje więcej, niż daje.Zobacz
- Agenci AIAgenci AI dla firmCzym agent różni się od chatbota i gdzie samodzielne decydowanie o krokach jest wadą.Zobacz
- RealizacjaObieg dokumentów u operatora logistycznegoOpisane wdrożenie: model AI działający lokalnie, bez wysyłania dokumentów do chmury.Zobacz
Kiedy powiem, żebyś tego nie robił.
Nie wezmę się za utrwalanie w kodzie procesu, którego nikt w firmie nie potrafi opisać w całości. Automat nie porządkuje bałaganu, tylko go betonuje — a po uruchomieniu nikt już nie zajrzy do środka, bo „przecież działa”. W takiej sytuacji pierwszą robotą jest ustalenie, jak ten proces w ogóle przebiega, i to bywa jedyna potrzebna robota.
Odradzam też zaczynanie od rzeczy, na którą wszyscy najgłośniej narzekają. Najdroższe w firmie są zwykle czynności ciche i częste, które zdążyły się stać normalnym elementem dnia i których nikt nie zgłasza. Jeśli po policzeniu wychodzi, że coś dzieje się kilka razy w miesiącu, a pomyłka nic nie kosztuje, powiem to wprost — nawet jeśli to oznacza, że nie ma czego zlecać.
I ostatnia rzecz, o której łatwo zapomnieć przy podejmowaniu decyzji: wszystko, co powstanie, będzie kiedyś wymagało naprawy. Programy się aktualizują, kontrahenci zmieniają formaty plików, ludzie odchodzą. Jeśli w Twojej firmie nie ma nikogo, kto to potem podniesie, a układ z kimś z zewnątrz nie jest ustalony, oszczędność jest chwilowa. To pytanie zadaję przed budową, bo wtedy jeszcze można na nie odpowiedzieć inaczej.
Opisz sytuację własnymi słowami.
Nie musisz wiedzieć, czy to zadanie dla doradcy, czy dla wykonawcy, ani jakim narzędziem dałoby się to zrobić. Napisz, co się dzieje u Ciebie w firmie i co Cię w tym uwiera — odpowiem, jak ja to widzę i którą z tych dróg bym w Twoim miejscu wybrał. Jeśli odpowiedź brzmi „nie ruszać”, też to napiszę.